Widziałem z bliska samochody Xiaomi. Część warta 265 zł sprawia, że wygrywają z Teslą

Marka Xiaomi zamierza wkrótce wprowadzić swoje samochody także na rynek polski. Póki co byłem w salonie tej firmy w Pekinie i już wiem, czym się wyróżniają i jakie wrażenie robią na żywo.
- Widziałem modele Xiaomi: SUV-a YU7 i sedana SU7
- Jakie wrażenie robią na żywo i jak są wykonane?
- Jeden z elementów jest wyjątkowo pomysłowy i brakuje mi go w wielu nowych autach.
O samochodach Xiaomi pewien czas temu było niezwykle głośno. Zaczęło się od tego, że prototyp SU7 Ultra pobił czas Porsche Taycana na legendarnej, północnej pętli Nurburgringu. Chiński model oferowany wówczas za równowartość 124 tys. zł pobił też wszelkie rekordy prędkości… sprzedawania się, notując niesamowite zainteresowanie chińskich klientów i światowych mediów.
Przekaz był jasny
Chińczycy budują za grosze samochody szybsze od europejskich – i udowadniają to na „świętym” dla tutejszych producentów, niemieckim torze. Od takich komentarzy internet aż się zaroił, a niejeden piszący wieszczył już rychły koniec całego przemysłu motoryzacyjnego na Starym Kontynencie.
Później nadeszło pewne otrzeźwienie. Gdy wersja seryjna zaczęła być testowana – i to przez chińskich dziennikarzy – okazało się, że o ile przyspiesza ochoczo, o tyle z wytracaniem prędkości miewa problemy. Na tyle poważne, że grozi to wypadkiem. Samochód czasami po prostu nie hamował, bo hamulce się przegrzewały już po pokonaniu kilku zakrętów na torze.
Zauważano też pewne jakościowe wpadki. Stało się jasne, że cudów nie ma: za niską cenę trzeba w jakiś sposób zapłacić. Z drugiej strony, bywały też bardzo pozytywne recenzje – i to po dużych przebiegach.
Później gamę uzupełnił też SUV YU7
Xiaomi zrobiło wokół swoich samochodów masę szumu, a później zabrało się za spokojne budowanie gamy i ugruntowywanie swojej pozycji rynkowej. YU7 także zaczęło się doskonale sprzedawać. Połączenie atrakcyjnej stylistyki, ceny, mocy i technologii kusiło i nadal kusi klientów.
Xiaomi ma także ambitne plany obecności w Europie. Sprzedaż na naszym kontynencie – w tym w Polsce – może rozpocząć się już w przyszłym roku. Firma zbudowała centrum badawczo-rozwojowe w Niemczech i szykuje się do dostosowania aut do naszych norm i homologacji.
Ceny z pewnością nie będą tak atrakcyjne, jak w Chinach. Jak na razie, kilku „niecierpliwych” miłośników nowości zdecydowało się na prywatny import tych samochodów z Państwa Środka.
Obejrzałem samochody Xiaomi na żywo
Podczas wizyty w Pekinie z okazji tamtejszej imprezy Auto China, miałem trochę czasu na spacer po mieście. Oprócz typowych atrakcji turystycznych, moją uwagę przyciągały też miejsca związane z motoryzacją i technologią – w tym salon Xiaomi. Na sporej przestrzeni nie ma rozróżnienia na część samochodową i pozostałą. Można tam kupić sprzęty elektroniczne i auta. SU7 i YU7 stoją obok odkurzaczy, laptopów i powerbanków. To po prostu część asortymentu technologicznego giganta.
Mimo że od premiery aut Xiaomi minęło już sporo czasu (SU7 wszedł do sprzedaży w 2024 r, YU7 w 2025 r.), modele wciąż wzbudzają zainteresowanie. W salonie nie brakowało odwiedzających, a także osób kręcących różne materiały – i to nie tylko z Europy, ale i z Chin. Widziałem także rodzinę, która robiła wrażenie realnie zainteresowanej zakupem SUV-a. Jednocześnie, na ulicach Pekinu wcale nie widziałem zbyt wielu Xiaomi.
Jak Xiaomi SU7 i YU7 wyglądają?
Kwestia oceny stylistyki jest oczywiście zależna od gustu: wątpię jednak, czy znajdzie się wielu takich, którzy jednoznacznie określą auta Xiaomi jako „brzydkie”. Proporcje nadwozi są miłe dla oka, a samochody, właściwie niezależnie od koloru (wystawiono egzemplarze w różnych odcieniach: od jaskrawego pomarańczowego po elegancką, ciemną zieleń), prezentują się spójnie i dobrze.
Skojarzenia z o wiele droższymi modelami nasuwają się same – SU7 jest trochę podobny do Porsche Taycana (co dodaje pikanterii wspomnianemu rekordowi na „Ringu”), a YU7 może niektórym przypominać Ferrari Purosangue. Słowem: to „drogie” inspiracje.
Jak jest w środku?
Kokpity obydwu aut są różne, co w dzisiejszych czasach nie jest wcale oczywiste. Ogólny pomysł na wnętrze jest taki sam, typowy dla nowych aut (główny punkt to wielki ekran na środku), ale w SU7 za kierownicą umieszczono mały ekran i wyświetlacz head-up, a w YU7 mamy wąski, szeroki ekran pod szybą, jak np. w najnowszym BMW iX3.
W SU7 w sportowej odmianie nie brakuje „rasowych” akcentów, takich jak elementy z tworzywa imitującego włókno węglowe. Moja ulubiona kolorystyka to jednak jasna z jednego z egzemplarzy YU7. Wtedy SUV prezentuje się naprawdę elegancko.
Jakość wykonania nie jest jednak rewelacyjna. Powiedziałbym raczej, że „adekwatna do ceny”. Z bliska widać np. nierówne obszycia na kokpicie czy kiepskie spasowanie niektórych elementów.
Plastiki w miejscach, których często się dotyka, są niezłej jakości, ale już tam, gdzie ręka kierowcy wędruje rzadko (np. na przycisk otwierający schowek przed pasażerem), robi się tandetnie.
Najmocniej moją uwagę zwrócił jeden element aut Xiaomi
W dzisiejszych czasach wielu kierowców narzeka – i wcale im się nie dziwię – na to, że wszystkie funkcje nowych aut obsługuje się z poziomu ekranu, co wymaga zbyt wiele uwagi i wcale nie wpływa korzystnie na jazdę. Jeśli trzeba wykonać kilka kliknięć, by zmienić temperaturę we wnętrzu auta, nie jest to ani wygodne, ani bezpieczne.
Fizyczne przyciski raczej odchodzą do lamusa. Napisałem „raczej”, ponieważ istnieją marki, które częściowo do nich wracają (np. Mercedes znowu montuje pokrętła na kierownicy, a Volkswagen w nowym ID.3 Neo zastosował panel z guzikami). Wciąż trend jest jednak raczej taki, by wszelkie możliwe funkcje przenosić na ekran – a liderem w tym jest Tesla, w której nawet ustawianie lusterek czy włączanie świateł wymaga patrzenia na wyświetlacz.
Tymczasem w Xiaomi można mieć przyciski. Niektóre egzemplarze z wystawionych w salonie (obydwu modeli) miały panel przełączników pod ekranem. Da się z jego poziomu m.in. ustawiać temperaturę, włączać podgrzewanie tylnej szyby czy uaktywniać tryb „auto” w klimatyzacji. Słowem: obsługiwać kluczowe, najczęściej używane funkcje. Do tego jest duże, wygodne pokrętło do głośności audio.
Dlaczego nie każdy egzemplarz ma ten panel?
To opcja za 500 juanów, czyli 265 zł. W dodatku panel da się… odczepić. To nie błąd montażowy, wszystko jest celowe. Po odkręceniu dwóch nakrętek (można zrobić to dłonią), przyciski przestają być częścią kokpitu. Ponowny montaż też jest łatwy.
Jakość elementu nie jest najlepsza: plastik robi wrażenie taniego. Ale skoro faktycznie całość jest tania, a w dodatku łatwa w wymianie, nie wydaje się to szczególnie dużym problemem.
Czy inni też powinni tak robić?
To nie jest zły pomysł i kilku producentów – albo aut, albo „aftermarketowych” akcesoriów – mogłoby się nad nim zastanowić. Dodatkowy panel z przyciskami mógłby przekonać kierowców przyzwyczajonych do bardziej tradycyjnej obsługi aut. Nie każdy musi kochać ekrany. Za 265 zł Xiaomi bije w łatwości obsługi Teslę.
Co myślę o samochodach Xiaomi?
Są efektowne i niekoniecznie dobrze wykonane, ale za to ergonomiczne. Nie brakuje w nich pomysłowych rozwiązań. Moce „zwyczajnych” odmian wahają się od 320 do niemal 500 KM, a zasięgi wynoszą nawet ponad 800 km według chińskich norm pomiarowych. Ładowanie, za sprawą nowoczesnej architektury 800V, może trwać zaledwie kilkanaście minut.
W Chinach topowe wersje kosztują ok. 180-200 tys. zł, a bazowe – odpowiednio mniej. Gdy auta Xiaomi trafią do Europy, po doliczeniu kosztów dostosowania aut do europejskich wymogów, kwoty zapewne wzrosną, choć wciąż będą atrakcyjne. Ewentualna przyszła popularność tych modeli zależy od tego, jak naprawdę jeżdżą (i hamują) i czy do czasu debiutu na Starym Kontynencie czar nowości nie pryśnie. Jedno jest pewne: dokładany panel z przyciskami to świetny pomysł.