Transfogaraska to znacznie więcej niż słynna droga pełna serpentyn. To miejsce, gdzie historia, motoryzacja i spektakularne krajobrazy tworzą wyjątkową całość, której każdy kierowca powinien doświadczyć choć raz w życiu.

  • Czy Transfogaraska naprawdę zasługuje na miano najlepszej drogi świata?
  • Śnieg w czerwcu, niedźwiedzie przy drodze i ponad 150 km górskich zakrętów – ta trasa potrafi zaskoczyć na każdym kilometrze.
  • 166-metrowa zapora Vidraru potrafi zrobić większe wrażenie niż same serpentyny.

Fakt, że w tytule jest napisane Droga Transfogaraska, a nie Droga Transfogarska, nie jest błędem ani przypadkiem. Niestety powszechnie rozpowszechniona wymowa zawiera błąd i brakuje w niej jednej litery. Teraz już wiecie, jak wymawiać tę nazwę poprawnie, i możecie wybrać się w to miejsce. W zasadzie nawet powinniście, bo to po prostu mekka dla fanów motoryzacji.

Poprawne wymawianie nazwy jest istotne, ale to najmniejsze wyzwanie związane z Transfogaraską. Ta droga to miejsce, w którym wszystko jest wyjątkowe, a ja miałem okazję poczuć to na własnej skórze za kierownicą Dacii Duster oraz Bigster.

Dacia Duster i Bigster. Takimi maszynami zdobyliśmy szczyt.

Teraz mogę z czystym sumieniem zaraportować: tę trasę koniecznie trzeba przejechać, choćby raz w życiu. Fakt, że ten odcinek asfaltu został okrzyknięty najlepszą drogą świata przez kultowych prezenterów Top Gear, to tylko lukier na torcie.

Historia

Droga Transfogaraska narodziła się w cieniu strachu przed radziecką inwazją. Na początku lat siedemdziesiątych XX wieku rumuński dyktator Nicolae Ceaușescu z niepokojem obserwował sytuację międzynarodową. Po tym, jak wojska Związku Radzieckiego wkroczyły do Czechosłowacji, rumuński przywódca uznał, że jego kraj może być kolejnym celem.

Widok na północą część trasy.

Istniejące szlaki transportowe biegły dolinami rzek i były łatwe do zablokowania. Dlatego Ceaușescu podjął decyzję o stworzeniu strategicznej, wysokogórskiej arterii wojskowej. Nowa trasa miała przeciąć potężne pasmo Karpat, bezpiecznie łącząc Wołoszczyznę z Siedmiogrodem i umożliwiając armii błyskawiczny przerzut wojsk oraz ciężkiego sprzętu.

Budowa

Budowa tego gigantycznego projektu, prowadzona w latach 1970–1974, okazała się niezwykle trudnym wyzwaniem inżynieryjnym i logistycznym. Do katorżniczej pracy skierowano głównie młodych, nieprzeszkolonych żołnierzy budowlanych, którzy musieli zmierzyć się z surowym, górskim klimatem i kapryśną pogodą. Aby utorować drogę w litej skale, robotnicy zużyli ponad pięć milionów kilogramów dynamitu.

Na szczycie ratrak.

Praca na stromych zboczach i w ciągłym zagrożeniu lawinami zebrała tragiczne żniwo. Oficjalne państwowe komunikaty mówiły o niespełna czterdziestu ofiarach śmiertelnych, jednak niezależne szacunki sugerują, że podczas budowy mogło zginąć nawet kilkuset robotników.

Transfogaraska dziś

Współcześnie ta licząca około 150 km trasa całkowicie zatraciła swój militarny charakter, stając się turystyczną wizytówką Rumunii i mekką dla kierowców z całego świata.

Pogoda na szczycie jest zmienna.

Zamiast kolumn czołgów serpentynami, wijącymi się na wysokość ponad 2000 m n.p.m., poruszają się dziś tysiące podróżników spragnionych zapierających dech w piersiach widoków.

Byłem tam

Na Transfogaraską można wybrać się własnym samochodem lub motocyklem. Wtedy trzeba pokonać trasę liczącą ponad 1000 km przez Słowację, Węgry i północną Rumunię. Nie jest to jednak jedyna możliwość. Można polecieć samolotem, na przykład do miejscowości Cluj-Napoca od północy lub do Bukaresztu od południa, a następnie dostać się do trasy wypożyczonym samochodem.

Z Bukaresztu dojazd do podnóża Karpat zajmuje nie więcej niż dwie godziny i w dużej mierze odbywa się drogą ekspresową. A gdy już jesteśmy na miejscu...

Wjazd od południa.

Wjazd na Transfogaraską od południa jest szczególnie wyjątkowy. Góry zaczynają się stopniowo, a ich niższe partie porastają gęste lasy. Już pierwsze kilometry trasy dostarczają jednak mnóstwo emocji, a po kilkunastu minutach kręcenia kierownicą dojeżdża się do pierwszej ogromnej atrakcji.

Oczom kierowców ukazuje się widok, który potrafi odebrać dech w piersiach. Droga, dotychczas wciśnięta w wąskie gardło kanionu rzeki Ardżesz, wyprowadza wprost na koronę potężnej Zapory Vidraru.

Zapora Vidraru

Ta betonowa kolubryna, wznosząca się na imponujące 166 m (dla porównania Zapora Solińska ma 81,8 m), dosłownie spina dwa strome zbocza górskie. Jazda samochodem po wąskim grzbiecie zapory to doświadczenie niemal filmowe. Po lewej stronie rozciąga się bezkresna, gładka tafla sztucznego jeziora Vidraru, w której odbijają się zalesione szczyty Karpat.

W naszym przypadku wrażenie było jednak zupełnie inne, ponieważ po raz pierwszy od budowy zapory woda z jeziora została niemal całkowicie spuszczona. To robi ogromne wrażenie, ale i tak nie dorównuje spojrzeniu w dół tamy.

Zapora Vidraru

Po prawej stronie znajduje się przerażająca, pionowa przepaść o wysokości ponad 150 m, na dnie której rzeka zamienia się w maleńką, wijącą się nitkę. Zapora jest jednak nie tylko punktem widokowym, ale także swoistym portalem i pierwszą poważną lekcją pokory przed tą trasą.

Niedźwiedzie

To właśnie tutaj wielu turystów po raz pierwszy doświadcza bliskiego – i bywa, że mrożącego krew w żyłach – spotkania z dzikimi niedźwiedziami brunatnymi, które koczują na poboczach, licząc na przekąski od kierowców.

Należy jednak pamiętać, że karmienie niedźwiedzi jest zakazane, a rumuńska żandarmeria stale patrolująca drogę może ukarać osoby łamiące przepisy mandatami w wysokości od około 8000 zł do 25 tys. zł.

Zakaz karmienia.

Dopiero po przejechaniu przez koronę tamy Droga Transfogaraska zaczyna piąć się naprawdę wysoko, zostawiając zaporę w tyle jako monumentalną bramę do surowego świata Alp Transylwańskich.

Im wyżej, tym bardziej spektakularnie

Wyżej flora zmienia się nie do poznania, a lasy ustępują surowym skałom i wysokogórskim trawom. Serpentyny zmieniają swój charakter, są lepiej widoczne z powodu braku drzew i można podziwiać, jak trawersują zbocza.

Na szczycie czeka tunel. Powszechna wiedza podaje, że znajduje się on na wysokości 2042 m n.p.m., jednak wykorzystanie aplikacji dla narciarzy dało zupełnie inny wynik – 2053 m n.p.m.

Jeden z bocznych tuneli.

Przejazd przez tunel na stronę północną prowadzi do miejsca pełnego straganów z pamiątkami i lokalnymi przysmakami, ale również... śniegu. Tak – północna strona, ze względu na mniejsze nasłonecznienie, nadal skrywa dość pokaźną pokrywę białego, choć już mocno zabrudzonego śniegu.

Zabawy w śniegu

W drugiej połowie czerwca, gdy jeszcze dwie godziny wcześniej u podnóża gór odczuwalna temperatura sięgała 30 stopni Celsjusza, możliwość wejścia w śnieg w krótkich spodenkach i koszulce jest przeżyciem wręcz surrealistycznym.

Śnieg w czerwcu.

Dalej na zwiedzających czeka zjazd. Górna część północnej strony trasy nie bez powodu uchodzi za najbardziej widowiskową. Ułożenie drogi w naturalnym leju sprawia, że przy dobrej pogodzie doskonale widać wiele odcinków trasy oraz zakrętów biegnących w dół. Widok zakłóca jedynie infrastruktura kolejki górskiej oraz słupy wysokiego napięcia.

Piknik w chmurach

To właśnie tam, kilkadziesiąt metrów poniżej tunelu, na skalnej półce Dacia urządziła dla uczestników piknik. Czas spędzony w tym miejscu dobitnie pokazał, jak bardzo zmienna jest pogoda. Gęsta mgła potrafiła ustąpić w ciągu minuty, zamieniając się w słoneczną „patelnię”, by po kilku kolejnych minutach ponownie spowić zbocze mlecznobiałą zasłoną.

Potężne stado owiec.

Tam także mieliśmy przyjemność z bliska spotkać jedno ze stad owiec, które przechadzało się tuż obok naszych Dacii. Pasterstwo jest jednym z zawodów, który przez ostatnie dekady niemal się nie zmienił. Owce nadal wypasa się przy pomocy psów, a możliwość obserwowania tego z bliska była czymś naprawdę wyjątkowym.

Czy to odcinek specjalny?

Dalszy zjazd północną stroną Drogi Transfogaraskiej prowadzi przez najbardziej rasowy odcinek całej trasy. Choć niemal na całej długości obowiązuje ograniczenie prędkości do 40 km/h, właśnie tutaj asfalt jest wyjątkowo mocno naznaczony śladami opon. Dodatkowo charakterystyczne czerwono-białe barierki sprawiają, że można odnieść wrażenie jazdy po torze wyścigowym położonym wysoko w górach.

Psy odpoczywają na drodze.

Niżej kierowców ponownie witają lasy. Od północy również można spotkać niedźwiedzie, ale nie tylko. My mieliśmy okazję zobaczyć lisa. Trzeba też uważać na psy żyjące przy drodze. Traktują asfalt jak własne terytorium i nierzadko wylegują się na środku jezdni.

Podsumowanie

Przejechanie całej Drogi Transfogaraskiej to wydarzenie, które każdy fan motoryzacji może uznać niemal za mistyczne przeżycie. Często mówi się, że asfalt na tej trasie jest słabej jakości. Faktycznie miejscami jest połatany, ale mam nieodparte wrażenie, że przeciętna łódzka ulica znajduje się w znacznie gorszym stanie.

Trzeba jedynie uważać na remonty. Czasem tuż za zakrętem jeden pas jezdni jest zamknięty, a służby prowadzą prace, dlatego należy zachować szczególną ostrożność.

Ekipa Dacia Explorers.

Pokonanie ponad 150 km krętych serpentyn, aby wspiąć się na wysokość przekraczającą 2000 m n.p.m., jest jednak czymś wyjątkowym. Możliwość stanięcia w śniegu latem, zobaczenia niedźwiedzi i spojrzenia w dół z 166-metrowej zapory to wspomnienia, które zostają na całe życie.

Jest jeszcze jedna droga

Tych, którzy nadal czują się nieprzekonani, informuję, że Rumunia ma jeszcze jedną drogę przecinającą to samo pasmo górskie. Nazywa się Transalpina i prowadzi jeszcze wyżej niż bohaterka tego materiału. Wjazdy na obie trasy dzieli około dwóch godzin jazdy.

Należy również pamiętać, że Droga Transfogaraska przez większość roku pozostaje zamknięta. Google podaje informację, że otwierana jest 1 lipca, jednak są to nieaktualne dane. W rzeczywistości szosę udostępnia się kierowcom wtedy, gdy pozwalają na to warunki i w tym roku było to 12 czerwca. Zazwyczaj droga pozostaje otwarta do października.

Otomoto.pl News to najnowsze informacje i aktualności motoryzacyjne oraz baza wiedzy na temat modeli, marek i danych technicznych. Chcesz być na bieżąco? Obserwuj nas w Google News.

Obserwuj nas na Google News

Czytaj również