15 kwietnia 2026

Elektryk kontra benzyna: co bardziej się opłaca? Duety popularnych marek w walce na liczby

elektryk kontra benzyna

Ceny paliw rosną, a jednocześnie ceny samochodów elektrycznych spadają. Nic dziwnego, że wielu kierowców zaczyna się zastanawiać, czy jazda na prąd może się opłacać. Sprawdzamy.

  • Czy samochód elektryczny się opłaca?
  • Porównujemy dwa modele Volkswagena i Kii
  • Należy brać pod uwagę nie tylko koszty zakupu i jazdy

Samochody elektryczne są znacznie droższe od aut spalinowych. Czy takie zdanie jest jeszcze dziś, w 2026 roku, prawdziwe? Nie do końca. Świeżo po zakończeniu programu dopłat „NaszEauto”, za sprawą którego można było liczyć na dopłaty w wysokości nawet 40 000 zł, w cennikach wielu producentów i tak można znaleźć obniżki. Ceny wcale nie są już tak wysokie, jak jeszcze kilka lat temu, zwłaszcza jeśli bierzemy pod uwagę parametry takich aut, z mocą i osiągami na czele i porównujemy je z modelami spalinowymi. Często wychodzi na to, że za daną kwotę nie dostaniemy auta z silnikiem benzynowym, który byłby równie szybki.

Również w kwestii zasięgu i czasu ładowania auta elektryczne stale się poprawiają. Na rynku pojawiają się już modele, które mogą pokonać bez ładowania nawet 800 km (kosztują ok. 300 tysięcy złotych – to np. BMW iX3 i Volvo EX60), a i wśród aut z bardziej przystępnej półki cenowej poziomy 400-500 km na jednym ładowaniu to już nic nadzwyczajnego.

Ceny paliw też prowokują do myślenia

Sytuacja na Bliskim Wschodzie sprawia, że ceny paliw na rynku biją kolejne rekordy. W Polsce działa pakiet CPN (Ceny Paliwa Niżej), dzięki któremu na stacjach obowiązują maksymalne kwoty za litr benzyny i oleju napędowego – rachunki przy dystrybutorach wciąż są jednak wysokie, poza tym nie wiadomo, jak długo potrwa rządowa interwencja. Jeśli blokada Cieśniny Ormuz będzie się przedłużać, spodziewać się można dalszych wzrostów. 

Nic dziwnego, że wielu kierowców zaczyna myśleć, czy nie opłacałoby im się jeździć autem elektrycznym. Oczywiście, to nadal nie jest rozwiązanie dla każdego – jeśli ktoś regularnie jeździ w dalsze trasy, a w dodatku nie ma możliwości ładowania auta w domu lub w firmie, pora na „elektryka” dla niego raczej jeszcze nie nadeszła. Ale przy typowych dla „Kowalskiego” przebiegach i miejskim lub mieszanym cyklu użytkowania, samochód na prąd zaczyna mieć sens.

Policzmy, jak to wypada w liczbach

Jeszcze niedawno elektryk był droższą alternatywą, wymagającą długiego okresu zwrotu. Dziś coraz częściej punkt wyjścia wygląda inaczej: w niektórych segmentach to samochód elektryczny jest tańszy już w salonie, a dodatkowo oferuje niższe koszty użytkowania. Na przykładzie dwóch par modeli – klasy średniej i kompaktowej – widać, kiedy napęd elektryczny rzeczywiście zaczyna się opłacać.

Volkswagen ID.7 kontra Passat: odwrócenie reguł gry

Porównanie Volkswagena ID.7 i Passata jest być może najbardziej jaskrawym przykładem zmiany, jaka dokonuje się na rynku. Oba modele reprezentują ten sam segment (czyli D, ale to wyjątkowo „wyrośnięci” jego przedstawiciele), mają taką samą moc – 204 KM – i są kierowane do podobnego klienta flotowego i prywatnego.

Jeszcze niedawno różniła je cena. Samochód elektryczny był wyraźnie droższy. Dziś sytuacja jest odwrotna. ID.7 w bazowej wersji po ostatnich obniżkach kosztuje 157 890 zł, podczas gdy Passat 2.0 TSI 204 KM startuje od 184 190 zł. Różnica wynosi ponad 26 tys. zł na korzyść „elektryka”. Mówimy oczywiście o cenach cennikowych – niewykluczone, że w salonie można jeszcze liczyć na pewne rabaty.

Takie kwoty oznaczają, że cała klasyczna kalkulacja tego, czy EV się zwróci, przestaje mieć sens – bo nie ma już czego odrabiać. Samochód elektryczny zaczyna z niższego poziomu cenowego.

Elektryk kontra benzyna: jeszcze wyraźniej widać to w eksploatacji

Passat z silnikiem benzynowym według danych WLTP zużywa około 6,5–7,5 l/100 km. Przy cenie benzyny Pb95 na poziomie 6,16 zł (cena maksymalna z 15 kwietnia) oznacza to koszt przejazdu w przedziale 40–46 zł na każde 100 km.

W przypadku ID.7 sytuacja zależy od sposobu ładowania, ale przy zużyciu energii rzędu 15–17 kWh/100 km rachunek wygląda zupełnie inaczej. Przy ładowaniu domowym, gdzie energia kosztuje około 0,70 zł/kWh, koszt przejazdu spada do 10,5–11,9 zł/100 km. Nawet przy bardziej realistycznym poziomie 0,90 zł za kWh mówimy o 13,5–15,3 zł za 100 km.

Oznacza to, że każdy przejechany kilometr jest w praktyce trzy razy tańszy niż w samochodzie benzynowym. Przy przebiegu 20 tys. km rocznie różnica w kosztach energii wynosi 5–6 tys. zł. Przy 30 tys. km rośnie do 8–9 tys. zł.

Nawet w mniej korzystnym scenariuszu, gdy samochód ładowany jest na publicznych stacjach AC za 1,95 zł/kWh, koszt przejazdu wynosi 29–33 zł/100 km, czyli nadal mniej niż w przypadku benzyny. Dopiero częste korzystanie z szybkich ładowarek DC, gdzie ceny przekraczają 2,5 zł/kWh, podnosi koszt do poziomu 40–46 zł/100 km, czyli zbliżonego do Passata.

To jednak scenariusz mniej typowy dla codziennego użytkowania. Tak naprawdę większość użytkowników łączy ładowanie domowe z okazjonalnym korzystaniem z infrastruktury publicznej, co sprawia, że kosztowo elektryk wypada jeszcze lepiej.

W tym układzie ID.7 wygrywa podwójnie: jest tańszy w zakupie i – przy typowym użytkowaniu – wyraźnie tańszy w eksploatacji. To pierwszy przypadek w segmencie D, w którym napęd elektryczny wygrywa pod względem kosztów tak wyraźnie. Warto też dodać, że za bardzo podobne pieniądze, co ID.7, można mieć też nieco mniejszą, ale za to mocniejszą Teslę Model 3. Też jest tańsza od wielu rywali z klasy średniej i wyższej.

Kia EV4 kontra K4: bardziej klasyczny układ

Sprawdź atrakcyjne finansowanie OTOMOTO Lease

Zwycięzca w kwestii kosztów w sytuacji, w której auto elektryczne jest wyraźnie tańsze już wyjściowo, nie zaskakuje. Co jednak dzieje się, gdy do elektryka trzeba jednak nieco dopłacić? Weźmy pod uwagę dwa zupełnie nowe modele z Korei, czyli Kię K4 i EV4. 

Porównajmy zbliżone wersje. EV4 rozwija 204 KM, a K4 z silnikiem 1.6 T-GDi oferuje 180 KM. Osiągi pozostają na zbliżonym poziomie, choć EV4 jest nieco szybsze (7,7 s do setki zamiast 8,4 s). Warto też zauważyć, że EV4 jest crossoverem i oferuje wyższą pozycję za kierownicą, podczas gdy K4 to bardziej zwyczajny kompakt.

Jeśli chodzi o ceny: EV4 w zbliżonej wersji pod względem wyposażenia kosztuje 173 900 zł, podczas gdy K4: 135 490 zł. Różnica wynosi więc blisko 40 tys. zł i „musi” zostać odrobiona w trakcie eksploatacji. Nie wynika tylko z różnicy napędu, ale i z typu nadwozia.

Koszt jazdy działa jednak zdecydowanie na korzyść elektryka

K4 w tej wersji zużywa realnie około 7–7,5 l/100 km, co przy cenie 6,16 zł/l daje koszt 43–46 zł na 100 km.

EV4 przy zużyciu energii około 15–17 kWh/100 km generuje koszt:

  • około 10–12 zł/100 km przy ładowaniu domowym (0,70 zł/kWh),
  • około 13–15 zł/100 km przy wyższych taryfach domowych,
  • około 29–33 zł/100 km przy publicznym AC,
  • około 40–46 zł/100 km przy szybkim DC.

Różnica między EV4 a K4 wynosi więc około 25–30 zł na każde 100 km przy ładowaniu domowym. Przy przebiegu 20 tys. km rocznie daje to oszczędność rzędu 5–6 tys. zł. Przy 30 tys. km rośnie ona do około 7,5–9 tys. zł. 

To oznacza, że różnica w cenie zakupu może zostać odrobiona w ciągu około 5–7 lat przy typowym użytkowaniu – ale wtedy, gdy bierzemy pod uwagę tylko koszty ładowania. Tymczasem auto elektryczne zyskuje także w innych kwestiach.

Elektryk kontra benzyna: koszty ukryte i długoterminowe

W obu porównaniach warto uwzględnić także koszty dodatkowe – lub ich brak. Samochody elektryczne nie wymagają wymiany oleju silnikowego, nie mają układu wydechowego ani wielu elementów osprzętu typowych dla jednostek spalinowych. Nie zmienia się w nich rozrządu, a rekuperacja ogranicza zużycie hamulców. Można parkować bez opłat w centrach miast. Już sama ta ostatnia kwestia może sprawić, że w kieszeni kierowcy, który przesiadł się na elektryka, zostanie kilkaset złotych miesięcznie.

Podsumowanie

Samochód elektryczny coraz częściej zyskuje już na starcie. Coraz więcej producentów oferuje takie modele w takich samych lub nawet niższych cenach niż przy modelach spalinowych. Im droższe auta i wyższa klasa, tym mniejsze różnice. W dodatku gdy bierzemy pod uwagę zakup w leasingu i zwracamy uwagę na wysokość rat, różnica nawet przy wyjściowo bardziej kosztownym elektryku topnieje. Po dodaniu niższych kosztów jazdy i obsługi, zwycięzca coraz częściej jest jeden – i ma zielone tablice rejestracyjne.

Warunek jest jeden: trzeba mieć dostęp – przynajmniej czasami – do taniego, „domowego” prądu. Niestety, nie można też wykluczyć dalszych wzrostów cen benzyny i oleju napędowego. W takim układzie przewaga aut EV będzie rosła.