Ten SUV pokazuje, czym jest old money. I wcale nie chodzi o cenę
Materiał zawiera autopromocję OTOMOTOMateusz Zardzewiały

Nie jest najbardziej luksusowym Range Roverem. Nie jest najbardziej terenowym. Nie jest nawet modelem, od którego większość klientów zaczyna przygodę z tą marką. A mimo to świetnie oddaje filozofię brytyjskiego producenta. Paradoks polega na tym, że jego największe zalety trudno znaleźć w katalogu.
- Range Rover Velar świetnie oddaje charakter tej marki. Aż szkoda, że jego czas dobiega końca.
- 400-konna rzędowa szóstka pokazuje, że duża benzyna wciąż potrafi pozytywnie zaskoczyć.
- Velar ma swoje wady, ale po tygodniu jazdy przekonałem się, że z czasem przestają one mieć większe znaczenie.
Pisząc o Velarze łatwo popaść w banały o brytyjskiej arystokracji. Tym razem trudno jednak o lepsze porównanie. W końcu w rodzinie Range Roverów zawsze był tym „młodszym synem”.
Przez stulecia w brytyjskich rodach szlacheckich to najstarszy męski potomek dziedziczył tytuł, majątek i stawał na czele rodu. Młodsi nie mogli liczyć wyłącznie na szlachetne pochodzenie. Musieli sami zapracować na swoją pozycję. Zupełnie jak Velar.
W końcu nigdy nie był tym najbardziej luksusowym Range Roverem. Nie był też Defenderem, którego legendę zbudowały najbardziej wymagające bezdroża świata. Nie pełnił nawet roli biletu wstępu do świata tej marki – najtańszym modelem Brytyjczyków jest przecież Evoque.

Dlatego Velar od początku miał chyba najtrudniejsze zadanie w całej rodzinie. Musiał przekonać klientów, że zasługuje na miejsce pomiędzy tymi wszystkimi światami.
Dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach
Nie pomagała również cena. Za podstawową wersję Velara (z 4-cylindrowym silnikiem Diesla pod maską) trzeba dziś zapłacić 328 500 zł. Testowana, 6-cylindrowa benzyna z układem MHEV ma moc 400 KM i kosztuje minimum 342 400 zł. Z kolei egzemplarz prezentowany na zdjęciach to już wydatek 466 030 zł.
Nie znaleziono żadnych ogłoszeń dla tego pojazdu.
A to już poziom, na którym klienci nie wybaczają przeciętności – zwłaszcza gdy obok stoją niemieccy konkurenci naszpikowani najnowszą technologią. Tym bardziej ciekawiło mnie, czym Velar zamierza uzasadnić swoją wartość. Odpowiedź przyszła dopiero po kilku dniach jazdy.
Velar nie próbuje wygrać wyścigu na gadżety
Velar ma swoje lata i nie zamierza tego ukrywać. Auto pozostaje w ofercie od 2017 roku, a to w świecie luksusowych SUV-ów niemal wieczność. I – nie ma co ukrywać – wiek konstrukcji czuć już od pierwszego kontaktu z tym Range Roverem.
System multimedialny nie należy do najnowocześniejszych. Asystent utrzymania pasa ruchu potrafi zareagować zbyt nerwowo. Ładowarka indukcyjna raz działa bez zarzutu, a innym razem przestaje ładować telefon bez wyraźnej przyczyny. Gdy mocniej wciśniemy gaz, smartfon potrafi jeszcze przesunąć się po półce i całkowicie przerwać ładowanie.

Do tego dochodzi niejednoznaczne wnętrze. Z daleka wygląda bardzo elegancko, ale z bliska okazuje się, że niektóre plastiki nie przystają do samochodu tej klasy.
To wszystko to są realne wady. Lecz właśnie tutaj dzieje się coś ciekawego. Po kilku dniach jazdy zupełnie przestałem zwracać na nie uwagę. Nie dlatego, że zniknęły, lecz dlatego, że Velar imponuje w zupełnie inny sposób.
Nie próbuje zachwycić wielkim ekranem, świetlnymi animacjami czy dziesiątkami elektronicznych gadżetów. W świecie, w którym wielu producentów stara się budować poczucie luksusu epatując technologicznymi nowinkami, Velar stawia na coś znacznie trudniejszego do osiągnięcia – atmosferę.
400 KM i 6 cylindrów. Coraz trudniej znaleźć taki samochód
Pod maską testowanego egzemplarza pracuje 3-litrowa, rzędowa szóstka z układem MHEV. Rozwijaja 400 KM i pozwala rozpędzić to masywne auto w 5,5 s od 0 do 100 km/h. Choć dziś 6-cylindrowa benzyna staje się gatunkiem zagrożonym, to Velar udowadnia, że taki napęd ma w sobie niemały potencjał.

Ma też kilka ograniczeń, a widać to po apetycie na paliwo. Podczas spokojnej jazdy drogami podmiejskimi komputer pokazywał około 7,2 l/100 km. Na drogach ekspresowych zużycie wzrosło do 8,8 l/100 km, a na autostradzie utrzymywało się w okolicach 10,5 l/100 km. To wyniki więcej niż zadowalające w tak luksusowym, 400-konnym SUV-ie.
Dopiero w mieście spalanie rosło do nawet 16,2 l/100 km, a w sprzyjających warunkach (czyli poza godzinami szczytu) udało mi się je zredukować do 13,1 na „setkę”. A to już ten poziom apetytu, który stawia pytania o zasadność kupowania tego wariantu jeśli w rocznym miksie kilometrów dominuje miasto.
Jednak wbrew pozorom nawet wówczas nie warto z miejsca skreślać tej jednostki. Bo bardziej od liczb imponuje jej kultura pracy. Moc jest dostępna zawsze, ale samochód nigdy nie sprawia wrażenia nerwowego. Wszystko odbywa się płynnie, spokojnie i z charakterystyczną dla sześciu cylindrów lekkością.
Komfort jest największym argumentem Velara
Jeszcze większe wrażenie od silnika zrobiło na mnie zawieszenie. Testowany egzemplarz jeździł na 22-calowych felgach. Spodziewałem się więc wyraźnego kompromisu pomiędzy wyglądem a komfortem. Niepotrzebnie.

Velar dosłownie płynie po drodze. Świetnie wybiera nierówności, ma znakomicie wyciszoną kabinę i sprawia, że kolejne kilometry mijają z wyjątkową lekkością. I właśnie wtedy zaczyna się rozumieć, za co przez lata pokochano Range Rovery.
Nie chodzi wyłącznie o luksus. Nie chodzi o prestiż. Chodzi o sposób, w jaki ten samochód sprawia, że po prostu chce się nim jechać dalej.
Dopiero po tygodniu zrozumiałem, o co chodzi z old money
Na początku wydawało mi się, że to określenie to tylko kolejny modny slogan z mediów społecznościowych. Po tygodniu z Velarem zacząłem jednak rozumieć, dlaczego „old money” tak dobrze do niego pasuje.
Nie dlatego, że jest drogi. Nie dlatego, że nosi znaczek Range Rovera. Ale dlatego, że niczego nie musi udowadniać.
Nie ma największego ekranu. Nie ma najbardziej rozbudowanego systemu multimedialnego. A już z całą pewnością nie ma wyjątkowo zaawansowanych systemów wspomagających kierowcę.
A mimo to od pierwszych kilometrów daje poczucie obcowania z samochodem z wyższej półki. Zachwyca niewymuszonym luksusem i niepodrabialną aurą.

I właśnie dlatego uważam, że Velar był najtrudniejszym Range Roverem do stworzenia. Nie mógł być ani najtańszy, ani najbardziej luksusowy, ani najbardziej terenowy. Musiał znaleźć własną definicję SUV-a premium.
I gdy za kilka/kilkanaście miesięcy jego miejsce zajmie zupełnie nowy model, najbardziej będzie mi brakowało tej spokojnej pewności siebie. Tego luksusu, który nie potrzebuje fajerwerków, żeby zrobić wrażenie.
Otomoto.pl News to najnowsze informacje i aktualności motoryzacyjne oraz baza wiedzy na temat modeli, marek i danych technicznych. Chcesz być na bieżąco? Obserwuj nas w Google News.
Obserwuj nas na Google NewsCzytaj również

Używane Mitsubishi Lancer (2007-17) – emocje jak na grzybach? Opinie, usterki, który silnik wybrać

Używana Skoda Citigo (2012-20) – mały samochód, duży sukces. Opinie, typowe usterki, jaki silnik wybrać?

„Polski Jeep” został odmłodzony. Jeździłem jego najlepszą wersją
Ostatnie artykuły
- Płacą podwójnie, by chronić prawo jazdy. Tak robi co dziesiąty ukarany
- Niemcy tracą Chiny. Ich fabryki będą pracować na pół gwizdka. Padła szokująca prognoza
- SCT w Polsce to fikcja? Sprawdziliśmy oficjalny bilans mandatów
- Czy to największy problem samochodów elektrycznych? Wyniki nowych badań zaskakują
- Używana alternatywa dla Golfa. Ten Volkswagen daje więcej za podobne pieniądze
- Odmowa przyjęcia mandatu przestanie się opłacać. Stawki drastycznie wzrosną
- Robotaxi kontra człowiek. O wiele bezpieczniej jest jechać bez kierowcy
- Volkswagen tańszy od Skody. Klasyka segmentu prosto z salonu: co wybrać?
- Chińskie SUV-y teraz jako hybrydy bez wtyczki. Sprawdziłem Piątkę i Siódemkę
- Miały zastąpić stacje benzynowe. Czy to ślepa uliczka motoryzacji?



